Dołącz do nas w 5 sekund - zbieraj i dodawaj przepisy, zgłaszaj nowe blogi, dyskutuj na forum i wyłącz reklamy 😄
Przeglądasz wątek Dania "torebkowe", gotowce przyprawowe w dziale Przepisy kulinarne.
Chimek napisał (1 lutego 2013 16:48)W ramach anegdotki: Angielskie gospodynie zaraz po IIWŚ były bardzo zadowolone z zup w puszkach (wcześniej używanych tylko w wojsku), bo nie musiały stać cały dzień nad sztandarowym niedzielnym czy proszonym obiadem. W latach 50-tych jak się komuś otworzyło żarcie z puszki to był najwyższy honor. ;DI oważ puszka została ikoną pop-artu 😀 ... może się nam nowy Warchol objawi i nasze zupki z torebek też trafią prosto do galerii 😀😀😀
Ankwell co do kasy to ja wręcz ledwo wiążę koniec z końcem a glutaminianu sodu nie używam i nie muszę. W podróży zamiast zupki z proszku mogę zjeść chociażby jabłko, które towarem luksusowym nie jest, a zawiera dużo więcej wartości odżywczych niż proszek. Pieniądze jeśli są w ogóle argumentem to przeciw chemi-zupkom i innym proszkom. Po prostu rzadziej jadam mięso niż bogaci ludzie.Przepraszam, że tak szczątkowo się wypowiadam ale nie mam czasu, a wzmianka o moim domniemanym bogactwie mnie ubodła.
olaMała napisała (1 lutego 2013 19:22)Ankwell co do kasy to ja wręcz ledwo wiążę koniec z końcem a glutaminianu sodu nie używam i nie muszę. W podróży zamiast zupki z proszku mogę zjeść chociażby jabłko, które towarem luksusowym nie jest, a zawiera dużo więcej wartości odżywczych niż proszek. Pieniądze jeśli są w ogóle argumentem to przeciw chemi-zupkom i innym proszkom. Po prostu rzadziej jadam mięso niż bogaci ludzie.Przepraszam, że tak szczątkowo się wypowiadam ale nie mam czasu, a wzmianka o moim domniemanym bogactwie mnie ubodła.olaMała , spokojnie 😀Myślę , że nie zadałaś sobie tyle trudu żeby sprawdzić jaki jest skład owych zupek , które były pretekstem do rozpoczęcia tej rozmowy 😀Zabawność sytuacji polega na tym , że w tych zupkach NIE MA GLUTAMINIANU SODU 😀😀Ja rozumiem , że w czasie krótkiej podróży możesz zadowolić się jabłkiem ... ale w trakcie dwutygodniowej wyprawy w góry na samym jabłku człowiek długo nie pociągnie i dojść daleko nie zdoła 😀 ja przynajmniej nie potrafię 😀😀 nie oznacza to , że jadam wówczas tylko "gotowce" z torebek ... NIE 😀 ale nimi nie gardzę 😀😀Nie czuj się osobiście urażona ... przeczytaj uważnie to co napisałam ... nie było to wymierzone przeciwko komukolwiek ... to tylko zwraca uwagę na fakt , że wszyscy / może tylko poza nielicznymi wyjątkami / jesteśmy poniekąd skazani na gotowce i na dodatek chemii do żywności ... możemy się z tym nie zgadzać , ale taka jest prawda ... I OCZYWIŚCIE NIKT CIĘ NIE ZMUSZA DO DOBROWOLNEGO DOSYPYWANIA SOBIE DO ZUPY DODATKÓW Z "TOREBEK" , ale gdy decydujesz się zająć stanowisko w dyskusji - sprawdź chociaż co postanowiłaś skrytykować 😀😀😀Uwierz mi , nie miałam zamiaru Cię urazić ...Pozdrawiam ...- Ankawell
Chimek napisał (1 lutego 2013 16:48)W ramach anegdotki: Angielskie gospodynie zaraz po IIWŚ były bardzo zadowolone z zup w puszkach (wcześniej używanych tylko w wojsku), bo nie musiały stać cały dzień nad sztandarowym niedzielnym czy proszonym obiadem. W latach 50-tych jak się komuś otworzyło żarcie z puszki to był najwyższy honor. ;DA ja myślałem, że to była sprawa kiepskiej jednak tuż po wojnie, dystrybucji żywności jak i innych czynników, w tym zaopatrzenia zza morza.http://biznes.pwn.pl/index.php?module=haslo&id=3920793
Kazik45 napisał (1 lutego 2013 20:50)Chimek napisał (1 lutego 2013 16:48)W ramach anegdotki: Angielskie gospodynie zaraz po IIWŚ były bardzo zadowolone z zup w puszkach (wcześniej używanych tylko w wojsku), bo nie musiały stać cały dzień nad sztandarowym niedzielnym czy proszonym obiadem. W latach 50-tych jak się komuś otworzyło żarcie z puszki to był najwyższy honor. ;DA ja myślałem, że to była sprawa kiepskiej jednak tuż po wojnie, dystrybucji żywności jak i innych czynników, w tym zaopatrzenia zza morza.http://biznes.pwn.pl/index.php?module=haslo&id=3920793[/quote]Tak, reglamentacja miała na to pewien wpływ, ale przede wszystkim działała odskocznia od klasycznego dotychczas gotowania plus spory zbyt na prowizje. Zresztą, kartki kartkami, zupy to przecież było wojsko, bo całe żarcie w proszku czy prasowanki jakie znamy były pierwotnie projektowane jako wyżywienie frontowe (łącznie z tzw. mączną kostką Awo, którą znamy z literatury obozowej). Ta anegdotka o Angielkach wzięta jest z książki (fenomenalnej zresztą) Miry Michałowskiej "Przez kuchnię i od frontu". Od razu rzucę drugą, bo jest jeszcze lepsza. Michałowska opisuje jak zajmowała się domem pewnego człowieka i tam jedna z kucharek robiła pyszną potrawkę z kurczaka. Autorka zapytała jej (dość nieprzyjemnej w obyciu) jak ona robi to pyszne żarełko i usłyszała (po francusku):"Bierzesz kurczaka, kroisz i wpier... na patelnię".Z towarami zagramanicznymi i zamorskimi faktycznie bywało różnie, a u nas jak to u nas np. w pewnym momencie zalani byliśmy karpiami i kalmarami (do dziś zawsze przy tym słowie pojawia mi się radosna glosa z jednej z moich peerelowskich książek "kalmar to zwierzątko morskie" - niby głupiutkie, ale był taki moment, że zza wschodniej granicy wyczyścili magazyny i był potężny import tychże... zwierzątek 😉).
Ja nie używam gotowców z powodów "ideologicznych". Sól, barwniki i inne pierdoły staram się ograniczać. Na swoim blogu także promuję nieco zdrowsze wersje (i wbrew pozorom szybkie) różnych potraw.Ale rozumiem, że nie każdy musi koniecznie robić to, co ja.Tym, co mnie wkurza jest promowanie przez portale "gotowców". Portal kulinarny, moim zdaniem, powinien promować "dobre" jedzenie. Ale rozumiem też, że liczy się budżet i czasami trzeba zrobić coś, żeby wpłynęło więcej kasiory.A kolejną zadziwiającą mnie sytuacją są blogerzy, którzy wstawiają przepis na babeczki z proszku. Wiecie, nie to, że jakieś nowa wersja z gotową bazą, ale DOKŁADNY PRZEPIS Z OPAKOWANIA.Oczywiście mogę nie wchodzić na te blogi i nie patrzeć. Ale co jeżeli na miłym i przyjemnym blogu, z dobrymi przepisami co jakiś czas pojawia się taki kwiatek?
Wiera napisała (2 lutego 2013 12:37)Ja nie używam gotowców z powodów "ideologicznych". Sól, barwniki i inne pierdoły staram się ograniczać. Na swoim blogu także promuję nieco zdrowsze wersje (i wbrew pozorom szybkie) różnych potraw.Ale rozumiem, że nie każdy musi koniecznie robić to, co ja.Tym, co mnie wkurza jest promowanie przez portale "gotowców". Portal kulinarny, moim zdaniem, powinien promować "dobre" jedzenie. Ale rozumiem też, że liczy się budżet i czasami trzeba zrobić coś, żeby wpłynęło więcej kasiory.A kolejną zadziwiającą mnie sytuacją są blogerzy, którzy wstawiają przepis na babeczki z proszku. Wiecie, nie to, że jakieś nowa wersja z gotową bazą, ale DOKŁADNY PRZEPIS Z OPAKOWANIA.Oczywiście mogę nie wchodzić na te blogi i nie patrzeć. Ale co jeżeli na miłym i przyjemnym blogu, z dobrymi przepisami co jakiś czas pojawia się taki kwiatek? Wiera,najlepsze, a może najgorsze jest to,że ludzie używający gotowców lub organizujący konkursy z takowymi,za marne korzyści,mają tendencje do obrony swojego postępowania.W imię różnych okoliczności,które tak naprawdę nie mają nic wspólnego z obranym kierunkiem.Dla mnie smutne.Można takie blogi omijać.Ale jak masz przyjemny blog i spotykasz coś takiego,to to już nie jest fajne.
To chyba po prostu znaczy, że blog przestaje być fajny...Ja z gotowców to używam mieszanki przypraw (zawsze sprawdzam, czy są tam tylko przyprawy - czy inne dodatki też) i mieszanki ziaren, np. "zupa śródziemnomorska". Dla mnie to podstawowa kwestia - by nie było niedozwolonych dodatków.Oczywiście - zawsze mam w zamrażarce paczkę warzyw na patelnię, na czarną godzinę, pustą lodówkę i późny powrót z pracy oraz brak gotówki na zakupy w warzywniaku pod domem - ale nie będę wstawiać dania z nich na blog. Bo to bez sensu - takie warzywa z np. ryżem to danie awaryjne, a nie żaden autorski przepis.Co do szybkości - kiedyś na studiach miałam współlokatora, bardzo pracowitego studenta, z którym się spotykałam czasem w kuchni. On miał w zwyczaju zjadać różne gotowce: zupki z torebki, sosy do makaronu itp. Czasem zdarzało się tak, że ja szybciej robiłam sos do makaronu z warzyw+przecier pomidorowy (podsmażyć warzywa, dodać przecier i gotowe), niż on sos z torebki (bo zagotowanie wody, potem jeszcze gotowanie). Bardzo się dziwił, jak to możliwe.A ja miałam niezły ubaw z "ekspresowości" jego dań 😉
Że tak, może nieco kpiarsko zapytam, co jest złego w warzywach na patelnię? Używam co prawda bardzo rzadko, od dwóch lat chyba w ogóle (chyba że jestem w rodzinnym domu, a tam rodzina kupuje, nie ja), ale mrożone warzywa akurat jakościowo nie są gorsze od tych, które kupujemy w sklepie/warzywniaku, zwłaszcza poza sezonem. Tak samo np. mrożone owoce, typu wiśnie czy truskawki.Jedyny argument przeciw mieszankom warzyw to w sumie to, że najwięcej tam tanich składników, czyli np. ziemniaków, cebuli, marchwi.Trochę mnie to bawi, że nagle budzi się batalion dzielnych blogerów, którzy już jutro będą mąkę mleć. 😛 Dowcipkuję sobie, bo sam wszystko robię (nooo dobra, nie mielę mąki 😉), albo prawie wszystko, więc w sumie nie mam wyrzutów sumienia. Mieszanki przypraw też robię sam, głównie ze względów ekonomicznych, bo taniej jest kupić po jednym pakiecie u baby z targu różnych rzeczy, niż mieszankę. W przepisach zawsze podaję zresztą jak zrobić coś o dziwnej nazwie i magicznego bez konieczności kupowania zestawu. Ale z reguły pakiety nie zawierają wzmacniaczy (tak jak np. zawiera go czosnek granulowany). Nie mówiąc o tym, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek."Niedozwolone dodatki" to chyba oksymoron - skoro są w produkcie, to zostały dopuszczone do obrotu. Można się spierać o ich znaczenie zdrowotne, ale znowu - tak samo może zaszkodzić sól (ciśnienie) czy cukier (choćby trzustka). Zdrowy rozsądek, again, nie histeria bo gdzieś na internecie celebrytka jedna czy druga napletła bzdur nie mających nic wspólnego z rzeczywistością.
z tym mieleniem mąki.. wiesz, ja bardzo często używam zamiast mąki po prostu mielonych płatków - owsianych, żytnich lub orkiszowych. dla urozmaicenia składu ciasta. białej mąki pszennej praktycznie prawie nie używam. mam nadzieję, że to nie jest jakaś ortodoksja - po prostu jem dużo płatków, poza tym są tańsze niż różne takie fikuśne mąki.nie uważam, żeby mieszanki warzywne, to było coś złego. no ale żeby z gotowca robić danie na bloga, to bez sensu. no ale może to zależy od bloga."niedozwolone" przeze mnie 😉 i tu nie słucham celebrytek, tylko własnego głosu rozsądku. i nie mam zamiaru nikogo przekonywać że należy tak czy inaczej - po prostu piszę, że tak robię.
Ja używam pszennej, ale głównie do tortilli czy muffinków. Poza tym, do chlebów raczej albo mieszanka, albo np. orkisz (tak, wiem, pszenica 😉, ale inna). No i sama pszenna zła nie jest, to kwestia miary, można niby 450 do wszystkiego, ale po co, skoro są i pełnoziarniste i razówki 2000... 😉😜łatki rzadziej, ale zdarza się, zwłaszcza jako panierka. Czasem mam ochotę coś z owsianymi zrobić, ale póki co, montuję inne rzeczy a na blogasku pojawiają się raczej rzeczy albo bez przepisów albo sprzed czterech wieków...Z tymi warzywami być może źle Cię zrozumiałem, ja ich za gotowiec nie uważam, a na pewno nie za coś "sztucznego" i stąd mój ironiczny komentarz. Ale sam nie używam, bo mi się nie opłaca - tak jak pisałem, zimiory i marchew zawsze kupi się relatywnie świeże. 😉
Dania "torebkowe", to odwieczny problem, zwłaszcza w obecnej dobie, przy nawale reklam tv, na szczęście grono popularyzatorów tradycyjnego domowego gotowania rośnie. Swoją drogą to zupełnie absurdalna sytuacja, kiedy raptem przez kilkanaście lat, mam wrażenie odwróciły się proporcje. To co kiedyś było oczywiste, czyli zrobienie najzwyklejszego wywaru czy to warzywnego, czy mięsnego, teraz może uchodzić wśród wielu ludzi za przejaw prowadzenia zdrowej kuchni. Przecież prościej.... rozpuścić kostkę o takim czy innym smaku. Piszę, że to absurd, ponieważ przygotowywanie obiadów, zwłaszcza dla całej rodziny, w oparciu o tradycyjne metody (choćby wykorzystywanie przytoczonego bulionu) wcale nie zawsze musi dłużej trwać niż posłużenie się gotowcem. Tak jakby to chcieli nam przekazać autorzy reklam. Pisała o tym koleżanka powyżej (przykład ze studiów). Oczywiście nie można dać się zwariować, nie wszystko zawsze możemy od początku do końca przygotować sami, Choćby warzywa do "chińszczyzny". Ostatnio robiąc ulubione przez dzieci kurczaki w cieście w sosie słodko-ostrym, warzywa wykorzystałem z gotowej mrożonki. Pewnie, że można kupić osobno choćby grzybki mun, namoczyć a później dodać do potrawy, tyle, że doskonale wiemy, że nie zawsze ma się na to czas. Zresztą gotowe mrożonki, zwłaszcza mrożone w technologii szybkiego zamrażania, chyba nie są jeszcze taką zdradą. Pozostając jeszcze przy chińskich potrawach, moim zdaniem dobrym przykładem do niniejszej dyskusji, jest przykład gotowej przyprawy "pięć smaków". Osobiście wolę, samemu wymieszać w moździerzu owe pięć składników, niż dosypywać do potrawy gotowca "wzbogaconego" o glutaminian sodu i tym podobne "smaki". Reasumując, gotując dla całej naszej rodziny, unikam "gotowców", ale nie nadaję temu jakichkolwiek teorii po prostu gotujemy jak podpowiada nam zdrowy rozsądek i instynkt organizmu. Jednakże, aby nie było tak idealnie, muszę przyznać się, że jest niestety jeden wyjątek, mianowicie, absolutnie nie wyobrażam sobie, nie dodać do wyrabianego mięsa na kotlety mielone - przyprawy maggi. Można oczywiście próbować z lubczykiem (mamy w ogrodzie i często stosujemy do innych potraw), ale to nic nie daje. Kotlety mielone muszą mieć maggi.
odrobina chilli napisał (26 lutego 2013 10:58) moim zdaniem dobrym przykładem do niniejszej dyskusji, jest przykład gotowej przyprawy "pięć smaków". Osobiście wolę, samemu wymieszać w moździerzu owe pięć składników, niż dosypywać do potrawy gotowca "wzbogaconego" o glutaminian sodu i tym podobne "smaki".Glutaminian sodu to akurat rzecz normalna, stosowana w kuchni chińskiej i innych azjatyckich od setek lat, w stanie naturalnym pozyskiwana z jakiegoś zielska (zapomniałem teraz nazwy), wyciągnięty z tej rośliny został o ile dobrze pamiętam w Japonii jakieś sto lat temu i od tamtej pory w postaci czystej dodawany jest jako przyprawa.Polecam naprawdę czasem przeczytać źródła, no bo potem wychodzi to co wychodzi...EDIT:Sprawdziłem, bo nie pamiętałem nazwy łacińskiej. Proszę: http://en.wikipedia.org/wiki/Saccharina_japonica - konkretnie to jest laminaria japonica. A, no i to nie roślinka, tylko glon, pewnie przez barwę i własności pomyliłem. 😉
Ale zamrożone warzywa to inna kategoria. Chyba każdemu chodzi o chemię, a rozmrażanie warzyw to (może nie tani) szybki sposób na obiad.A w ogóle, to nigdy nie zrozumiem fenomenu kostek rosołowych. Przecież bulion wałowy, warzywny i drobiowy pachną tak samo! Różnią się tylko kolorem.Wielki problem mam z gotowymi przyprawami. Bo większość składników nie jest dostępna w Polsce (choćby mieszanka curry).Różnica jest jednak w tym, że można kupić mieszanki wzbogacone morzem soli, barwników i konserwantów, ale można też kupić je w lepszej jakości. Cóż, wystarczy odrobina dobrej woli.
Chimek napisał (26 lutego 2013 13:54)odrobina chilli napisał (26 lutego 2013 10:58) moim zdaniem dobrym przykładem do niniejszej dyskusji, jest przykład gotowej przyprawy "pięć smaków". Osobiście wolę, samemu wymieszać w moździerzu owe pięć składników, niż dosypywać do potrawy gotowca "wzbogaconego" o glutaminian sodu i tym podobne "smaki".Glutaminian sodu to akurat rzecz normalna, stosowana w kuchni chińskiej i innych azjatyckich od setek lat, w stanie naturalnym pozyskiwana z jakiegoś zielska (zapomniałem teraz nazwy), wyciągnięty z tej rośliny został o ile dobrze pamiętam w Japonii jakieś sto lat temu i od tamtej pory w postaci czystej dodawany jest jako przyprawa..Kiedyś słyszałam, że glutaminian sodu jest "straszną przyprawą", ale tylko dla ludzi, którzy są na niego uczuleni. Swoją drogą, nie wszystko, co naturalne musi dobre dla naszego organizmu. Tak naprawdę to czy glutaminian działa na człowieka bardzo niekorzystnie będziemy wiedzieć za kilka lat.Większe zagrożenie powinniście widzieć w soli i barwnikach. Uczepiliście się glutaminianu 😀W ogóle problem tkwi raczej w nagłaśnianiu "szybkości i taniości" gotowców. A przecież to zwykła podróbka (i to wcale nie tania!).Cieszę się, że ludzie częściej zwracają uwagę na składy i kupują świadomiej. Być może tacy nawiedzeni rodzice przekażą swoje nawyki dzieciom.
Oczywiście, zgadzam się co do glutaminianu sodu, może wybrałem akurat dość niefortunny przykład, dzięki za czujność. Rzecz jasna chodziło o unikanie wszelkich chemicznych ulepszaczy smaku, a może nie zasłużenie, ale w powszechnej opinii synonimem takich wynalazków smakowych jest właśnie ów glutaminian. Pozdrawiam
No jest, ale to jednak dość krzywdzące, stąd niestety moja alergia i poprawiactwo. Mam nadzieję, że nie zostało to odebrane jako trolling czy coś. 😉Wiera - wcześniej tu pisałem też o badaniach, ogólnie, ale jak sobie wpiszesz monosodium glutamate research masz cały piękny wybór ostatnich czterdziestu czy pięćdziesięciu lat badań nad tym związkiem. Na razie nie znaleziono tych strasznych rzeczy, które miałby powodować, natomiast zdekonstruowano kilka mitów, m.in. o uzależnieniu, migrenie czy syndromie chińskiej knajpy.Glutaminian sodu na pewno w pewnym momencie zaszkodzi - tak samo jak cukier, mąka, sól oraz tysiące innych rzeczy, których jemy zbyt dużo. 😉
Skąd wcale tego tak nie odebrałem, wręcz przeciwnie, siłą normalnych dyskusji na blogach, jest wymiana wiedzy i doświadczenia, a to jest chyba najważniejsze. Zresztą co bardzo istotne na blogach kulinarnych, rozmowy są raczej sympatyczne i kulturalne, i dlatego ma się ochotę od czasu do czasu coś napisać, a przy tym można czegoś się dowiedzieć. Pozdrawiam