Hmm... Kostka rosołowa to w sumie w dużej mierze sól, suszone warzywa i co najwyżej glutaminian sodu, który wbrew ogólnej internetowej histerii podsycanej i replikowanej przez celebrytów wcale trucizną nie jest, czego dowodem pośrednim są zresztą Chińczycy, bo to w ich kuchni odgrywa i w naturalnej i syntetyzowanej postaci niepoślednią rolę; dowodem zaś bezpośrednim jest ok. 40 lat badań syntetyzowanego glutaminianu sodu. Póki co jeszcze nie zburzono podstaw świata. W sumie można powiedzieć, że kostki są be, bo są pełne (uwaga, chemia) chlorku sodu 😉, który źle nam działa na ciśnienie. Pewnym niepokojącym składnikiem jest za to benzoesan sodu (też sodu, byle nie przyjmować per analogiam że wszystko co sodu to nas rozpuści na amen 😛), ale tu też sprawa wcale nie jest taka w stylu tak/nie. Swoją drogą, ciekawostka, bo mnie to zawsze bawi - w książkach kulinarnych sprzed ok. 30 lat są świetne przepisy na przetwory, choć w wielu zawsze jest osobny akapit, że jak nam się spieszy to dajemy pół tabletki benzoesanu i mamy z głowy. 😉 Swoją drogą nr 2, absurd nr 2, czyli widziana ostatnio przeze mnie w sklepie "szynka bez konserwantów" - sprytny zabieg, szkoda tylko że nomenklaturowo peklowanie które z mięsa robi wędlinę to też przecież konserwacja. No ale pewnie mieli na myśli to, że nie ma tam papieru toaletowego. 😉Generalnie jeśli chodzi o glutaminian i inne substancje w żywności, to fajnie jest rozmawiać na odpowiednim poziomie. Jak ktoś dysponuje nawet i abstraktami na ten temat, bardzo chętnie poczytam. Artykułów naukowych na temat dodatków w żywności (i notatek mojej połówki z odpowiednich przedmiotów) naczytałem się tyle, że mi uszami wychodzi. Nie zakładam, że coś się nie zmienia w tym temacie, po prostu dobry jest chłodny racjonalizm (czyli m.in. sprawdzenie kto stał za grantem, dzięki któremu przeprowadzono badania nt. X, Y, Z, bo to nie jest tak, że wszystkie artykuły dekonstruujące rzekomą i mityczną szkodliwość np. glutaminianu sodu są rzetelne)No i hej, jak ktoś robi zupę raz na ruski rok, nie zawsze też ma czas/chęci bawić się parę ładnych godzin z bulionem. Sam do zup (bo je robię rzadko) używam kostek, no ale zawsze zaznaczam to w liście - i też po prostu rzadko kiedy mam czas (a nie mam zamrażalnika, żeby trzymać bulion, na którym jak wiadomo w warunkach domowych świetnie hoduje się bakterie 😛) na robienie bulionu.Fiksy i gotowe zupki to jest zupełnie inna kategoria i wcale bym tak wszystkiego nie ściągał do jednego mianownika. Kostka przyspiesza, fiksy to dla mnie rzecz średnio zrozumiała, bo na opakowaniach jest np. "fix do XYZ, dodaj tylko mięso, śmietanę, pomidory i paprykę". No to kurde po co mi ten fiks? 😉Gotowce przyprawowe, tzn. mieszanki w 99% nie posiadają tego strasznego i destabilizującego strukturę wszechświata glutaminianu sodu 😛. Są, moim zdaniem podobnie jak kostki, dla leniwych. Akurat tutaj jestem bardziej konserwatywny, bo po prostu wolę sam robić mieszanki ziołowe/warzywne, bo to ja wtedy kontroluję smak, a nie jakiś tam producent. Swoją drogą, owszem, też bawi mnie wchodzenie kulinarnych na barykady i ten krzyk o zdrowe i nie wiadomo jakie jedzenie (choć zwykle bez konkretnych argumentów pro i contra), a przy okazji wciskanie w przepisach koncentratów, czosnku granulowanego (który to jest wzmacniany glutasolą 😉) czy pewna niekonsekwencja, która polega na biciu zdrowotnej piany z firmą X czy Y w tle. No ale hej, kto refleksyjny ten przemyśli, kto głupiutki i tak ciężko zmienić nawyki.Tematu "reklamowego" nie komentuję, bo mój blog z założenia jest antykapitalistyczny i prędzej łapę lewą w ogień wsadzę (jestem mańkutem) niż będę coś sponsorował. O chemii mogę pisać do woli (zdaje się że mam dwa posty o energetykach, a tam przecież poza cukrem i syntetykami jest tylko woda 😉), ale nikogo reklamować nie zamierzam. Zresztą tworzy mi się taka baza czytelników, że by mnie zjedli. Bez fiksa.